Szkic ołówkiem

slawek podwojski czarna zebra papierosadym bałtyk morze pomorze pejzaż landscape

Zmuszony czymś niezrozumiałym, przesiedział całą noc na brzegu łóżka, pozwalając by pół twarzy było wypalane ostrym światłem księżyca, z łatwością przenikającym nieosłonięte niczym okno. Dosłownie czuł opadające na jego skórę odbicie odbicia słońca. Zastanawiał się nad gwiazdą-matką. Z minuty na minutę był coraz bardziej zmęczony. Jego organizm spalał setki kalorii, ale to myśli biegły kosmiczny maraton. Jego umysł pokonywał miliardy kilometrów świetlnych, skrupulatnie liczył każdą napotkaną w tym czasie planetę, każdą galaktykę, kometę, każdy pył. Z początku omijał ze znacznej odległości czarne dziury. Bał się ich nadprzyrodzonych mocy. Bał się ich niepodlegania pod ogólnie panujące definicje i wzory. Ich bunt wobec najświętszej logiki wręcz paraliżował jego neurony. Psychika przybrała pozycję embrionalną, on jednak siedział cały czas wyprostowany. Postawę miał dumną, podkreśloną pięknym księżycowym światłem kontrowym.

Najbardziej niepokoiła go nieskończona samotność. Jak to możliwe, że życie tak nieroztropnie traktowało przestrzeń. Zupełnie jakby obraziło się na nią na śmierć. Właśnie pojęcie „śmierci” wydało mu się najbardziej adekwatne do tego co widzi, słyszy i czuje. To słowo spełniało najwięcej wytycznych wymaganych do opisu tego co znajdowało się na zewnątrz jego samego. „Nic” było za duże, „nieobecność” za małe w swoim zakresie. „Wszechświat” już kompletnie mu nie pasował do tego „wszystkiego”. A „śmierć” była odpowiednia. Pasowała.

Zaczął zastanawiać się dlaczego tyle „śmierci” dookoła? I czy to dobrze czy źle? I skąd? Bo jedno czego był w tym momencie pewien to to, że śmierć nie istnieje sama z siebie. Potrzebuje do tego życia. Najmniejszego i najkrótszego, ale jednak życia. Poza tym, czy śmierć „istnieje”? Wydaje się, że ona tylko potrafi „zaistnieć”. I na tym jej koniec. Śmierć umiera równie szybko jak uśmiercane przez nią życie. A nawet szybciej. Ona jest momentem. Także jak może istnieć, wypełniać i tworzyć to wszystko. Odważył się zajrzeć do czarnej dziury. Przestała być czarna.

Co pozwalało śmierci „istnieć”, a co więcej „tworzyć” ten nielogiczny ład. Możliwość taka wydawała mu się powodowana odmiennością „kosmicznej” prawdy, od tej „ziemskiej”. Tu moment już minął, a minuta ma sześćdziesiąt sekund i koniec. Tu życie trwa około osiemdziesięciu lat. I koniec. Tu człowiek… I koniec. A gdyby tak przyjąć, że u nas taki jest pęd bo skala jest zupełnie inna. Bo my patrząc w dal sięgamy wzrokiem trzydziestego kilometra i taki świat ogarniamy. A tam sięgasz wzrokiem „pierwszy kilometr”, albo jak kto woli „ostatni”. Może ten nasz nie do ogarnięcia „miliard” lat to w rzeczywistości moment. Był pewien, że inaczej się nie da: wszechświat istnieje kilka momentów, no powiedzmy, że maksymalnie dzień.

Istnieje dzień, a już goni go śmierć. Zdążyła już spustoszyć większość. On ucieka w nieznanym kierunku. Ona go ściga w nieznanym celu. Tylko skutki możemy doświadczyć. Pustka. Nie ma wyjścia. Może go nie prześcignie ale zawsze będzie moment za nim. Ten jeden moment, tak potrzebny śmierci do życia.

Łza samoczynnie spłynęła my po policzku. Przecięła zacienioną część twarzy, jednak pochłonęła błysk księżyca i wielką mocą, wielką jak na tak małą łzę, oddała światło światu. Ciemny profil jego twarzy zyskał bardzo tajemniczy akcent pędzący między plamami czerni. Szlak wytyczyła odważnie i gdyby nie bezduszny gest jego ręki, przerywający ten maraton, z pewnością upadłaby na ziemię, przebiłaby podłogę, i każdą kolejną przeszkodę, ostatecznie lądując na twarzy kogoś po drugiej stronie nocy.

Poczuł wilgoć na ręce. Spojrzał na nią. Łza jeszcze się trochę błyszczała. Jeszcze resztki życia się w niej tliły. Chciał je zachować. Odruchowo wtarł ją w ręce jakby wciskając to światło przez skórę w swoje wnętrze. Nagle się uśmiechnął. Twarz odważnie skierował w stronę księżyca. Jego błysk go oślepiał ale nie przeszkadzało mu to. Zaczął się śmiać. I to takim śmiechem, o którego istnieniu dowiadujemy się niespodziewanie i nagle. Powód był naprawdę zabawny. Bo uświadomił sobie, że to nigdy nie się nie skończy. Był tego pewien jak tego ciepła rozlewającego się po jego głowie. To wszystko tam będzie trwało zawsze, bo śmierć potrzebuje życia do… życia. Nie może zjeść swojego ogona. Nie może bo sama jest ogonem. Ogonem życia.

Śmiał się do rana. Rano też się śmiał. Potem próbował to namalować. Stworzył wizjonerski szkic ołówkiem na ścianie. Śmiał się dalej.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s