moja Sycylia – dzień IV

Miałem sen. W Syrakuzach krążyłem bez celu po Ortigii, a gdy siły chyliły się ku zachodowi, zasiadłem w teatrze na twardych, śnieżnobiałych siedzeniach, z widokiem na scenę i na świat za nią.

Gdy się obudziłem pani S. była już na nogach. Mało, że na nogach, była po espresso, śniadaniu, drugim espresso i papierosie. Miałem niewiele czasu by wpaść w rytm i nadążyć za „dzisiaj”.

Dopiero w autokarze z napisem „Etna” zacząłem się zastanawiać nad swoją uległością względem Pani S.
– Przecież mi się nie chce. – Mówiłem sam do siebie.
Pani S. przekonywała mnie jednak, żebym nie dawał się zwieść dolinie:
– Będziesz daleko, jeśli choć przez chwilę nie poczujesz tętna tej ziemi. Miejsca, w którym bije jej źródło – próbowała mnie przekonać stawiając na swoją poetyckość, na którą ja nie miałem tego dnia najmniejszej ochoty. Wywody tego typu były wręcz dla mnie drażniące.

Dłuższą chwilę, a w sumie większość drogi, obrażony nie zwracałem na nią uwagi.

– Podobno jak by się rozcięło Etnę to byśmy ujrzeli kuźnię. – Zaczepiłem zaczepnie już pod koniec podróży, licząc że zrozumie moje nastawienie.
– Podobno? – Pani S. odpowiedziała z takim zdziwieniem, że poczułem się, zupełnie jak ta góra, żarzący wewnątrz.
– Musisz spojrzeć na Etnę jako na całą wyspę. – próbowała mnie nawracać Pani S.
– Tylko nie tym tonem! – Oburzyłem się. – To jest za ciężki dzień. Za ciężki!
Przez chwilę milczeliśmy. W odbiciu szyby widziałem tylko, że próbuje mnie rozszyfrować.

Wspinaliśmy się powoli, ostrożnie kładąc stopy na luźnych fragmentach zimnej lawy.
– Zetknąłeś się kiedyś z tytułem „Róża, która wyrosła na betonie”? – wypaliła nagle, licząc na moją zmianę postawy. Trafiła, ale poszedł rykoszet:
– Słyszałem, ale co ma… – Przerwałem gdy wskazała mi rosnący między kamieniami żółty krzaczek.
– Możesz tu iść, być blisko, próbować rozumieć. Lub wjechać, zjechać i odjechać – bogatszy o zdjęcie z dymem, pamiątkową buteleczkę czerwonego likieru i może jeszcze skałkę. Taką z koszyka za euro.
– Nie przesadzaj. Wystarczy się schylić. – Próbowałem być górą.
– Trzeba się schylić.

Dalej już wspinaliśmy się w milczeniu, co mnie bardzo cieszyło. Pani S. zrozumiała chyba, że tego dnia wystarczyło mi samo „patrzenie”.

Gdy wracaliśmy autokarem pokazałem jej kawałek czarnej skały, który trzymałem w ręce.
– Ukradłem.
Pani S. się uśmiechnęła.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s